Historie pacjentów

Connie Juday – wyleczona z raka płuca

Nazywam się Connie Juday i mam 79 lat. Moje dzieci mówią, że dożyję setki
i na chwilę obecną – dzięki leczącym mnie specjalistom radioterapii onkologicznej – jest to możliwe.

Rok temu zdiagnozowano u mnie przewlekłą obturacyjną chorobę płuc (POChP). Nie byłam w stanie przejść nawet kilku kroków bez zasobnika z tlenem. Kiedy w zeszłym roku wybrałam się do lekarza rodzinnego, dostałam skierowanie na badanie USG. Okazało się, że w moim płucu są dwa ogniska nowotworowe. Lekarze zrobili jeszcze jedno badanie, w efekcie zdiagnozowano u mnie raka płuca w późnym stadium.

Po otrzymaniu diagnozy, byłam bardzo zdenerwowana. Moja mama zmarła na raka płuca, podobnie jak jeden z moich synów. Lekarze zarekomendowali chemioterapię, ale nie chciałam się jej poddać – nie w tym wieku. Jak na starszą kobietę, miałam dość długie włosy i nie chciałam ich stracić. Pani Doktor w swoim gabinecie serdecznie powitała mnie, mojego męża oraz czwórkę naszych dzieci, co sprawiło, że poczuliśmy się komfortowo. Kiedy wyjaśniłam jej, że nie chcę przechodzić chemioterapii, powiedziała o nowej możliwości leczenia. Miałam poczucie, że naprawdę w nią wierzy, w efekcie poczułam to samo.

Postanowiłam poddać się nowej terapii i była to najlepsza decyzja, jaką mogłam podjąć. Mimo że jestem już starszą osobą, nikt nie dał mi odczuć, że mam przez to mniejszą szansę na wyzdrowienie. Przebywanie w akceleratorze liniowym (urządzenie do radioterapii – red.) także było komfortowe. By utrzymać moje ciało w bezruchu, lekarze rozłożyli wokół mnie worki z fasolą. Nie lubię być ograniczana, mimo tego było mi dość wygodnie. Ponadto nie odczułam żadnych skutków ubocznych terapii – zaledwie po pięciu sesjach zakończyła się ona sukcesem.

Największym wsparciem w trakcie leczenia był dla mnie mąż. Przychodził ze mną na każdą sesję, a po wszystkim gotował mi obiad. Jest świetnym kucharzem i bez względu na wszystko był zawsze obok mnie. Wspierał, gdy nie zdecydowałam się na chemioterapię. Osobiście radzę każdemu u kogo zdiagnozowano raka, by szukał – podobnie jak ja – innych możliwości leczenia.

Zbliżają się moje urodziny i będę je świętować z rodziną. Mam czwórkę dzieci, dziewięcioro wnucząt i dwadzieścioro troje prawnuków. Uwielbiam z nimi przebywać. A dzięki pani doktor będę miała na to jeszcze więcej czasu.

Źródło: Amerykańskie Towarzystwo Radioterapii Onkologicznej, http://www.rtanswers.org/conniejuday/
Photo courtesy of John Cleary of The Herald Bulletin

 

Katarzyna Czapska z Żaboklik (k. Siedlec), 32 lata, pracowała jako fizjoterapeutka, obecnie na rencie. Raka płuca zdiagnozowano u niej w 2015 roku.

Pierwsze objawy choroby… Spadła mi odporność i bardzo często chorowałam. Lekarz przepisywał kolejne antybiotyki, mój stan zdrowia na chwilę się poprawiał, a potem znowu było gorzej. W nocy męczył mnie kaszel. Bardzo też schudłam – w ciągu zaledwie dwóch miesięcy straciłam 7 kg. Myślałam, że to z powodu stresu i zmęczenia wynikającego z powrotu do pracy po urlopie macierzyńskim. Pewnego dnia jedna z pacjentek zwróciła mi uwagę, że mam po jednej stronie spuchniętą szyję. Poszłam do lekarza i szybko dostałam skierowanie do szpitala na specjalistyczne badania.

Kiedy zostałam zdiagnozowana… Nie da się opisać tego, co wtedy czułam. Miałam 29 lat i niespełna dwuletnie dziecko… Kiedy usłyszałam diagnozę, myślałam, że zemdleję. Mąż trzymał mnie za jedną rękę, a mama za drugą. Nie rozumiałam, dlaczego to mnie spotkało. Przecież dbałam o siebie, nigdy w życiu nie zapaliłam nawet jednego papierosa. Musiałam być obciążona genetycznie – mój dziadek zmarł na raka płuca. Pierwszym pytaniem, które zadałam pani doktor po usłyszeniu diagnozy, było: kiedy usuwacie mi to płuco? Okazało się, że guz jest duży, mierzy 5,5 cm i niestety jest nieoperacyjny. Zostawała chemioterapia lub radioterapia. Byłam w szoku. Zadzwoniłam do pracy, powiedziałam, że jestem chora. Koleżanka zapytała mnie, kiedy wracam. Po chwili ciszy odpowiedziałam jej: – Chyba nigdy…

Moje leczenie jest dla mnie…  wodą życia. Dzięki nowoczesnemu lekowi, który dostaję w postaci wlewu do żyły, mogę w miarę normalnie funkcjonować. Nie pracuję, bo muszę bardzo o siebie dbać, nie mogę złapać żadnej infekcji. Cieszę się jednak, że jestem w stanie zajmować się synkiem. Od dwóch lat mój stan jest stabilny. Ale z początku nie było tak optymistycznie. Leczenie zaczęłam w lutym 2015 roku od trzyskładnikowej chemioterapii. Bardzo źle zniosłam zwłaszcza pierwszą chemię. Wymiotowałam, schudłam, bolało mnie całe ciało, ze szpitala wyjechałam na wózku inwalidzkim, bo nie byłam w stanie wyjść o własnych siłach. Syn płakał, bo chciał, żebym go przytuliła, a ja nie mogłam nawet wyciągnąć do niego ręki. W październiku okazało się, że guz nie tylko zaczął rosnąć, ale pojawił się też drugi, nowy. Pani doktor powiedziała, że leczenie przestało działać. I zaczynamy immunoterapię. Nie jest refundowana, więc trzeba było czekać na zgodę, bym mogła dostać nowe leczenie. Finansuje je sponsor, który zwraca także koszty dojazdu do szpitala. Po 18 miesiącach immunoterapii odebrałam wyniki badań. Czytałam je idąc szpitalnym korytarzem i oczom nie mogłam uwierzyć! Mniejszy guz całkowicie zniknął, a drugi miał zaledwie (i ma do dzisiaj) 12 mm. Byłam w siódmym niebie! Cieszę się, że zostałam zakwalifikowana do programu, gdyby nie to, pewnie nie mogłabym udzielić tego wywiadu. Choroby po mnie nie widać. Niedawno w szpitalu ktoś nawet wyprosił mnie z sali dla pacjentów, bo myślał, że jestem zdrowa i przyszłam do chorego w odwiedziny.

Najtrudniejsze w chorobie jest/było dla mnie… że nie mogę nic zrobić, by sama się jej pozbyć. Mam jeszcze zaawansowaną zakrzepicę, która zaatakowała szyję i górną część ciała. To dodatkowo pogarsza stan mojego zdrowia i utrudnia leczenie – dostaję wlewy tylko w jedną żyłę. Trudne jest dla mnie także to, że nie mogę wrócić do pracy (nie powinnam przebywać w polu magnetycznym, bo bardzo obniża to odporność i grozi nawrotem choroby), w której spędziłam pięć lat i którą tak bardzo kochałam. Nie mogę też pracować fizycznie. Z początku nie chciałam mówić o tym, że jestem chora. Nie chciałam litości innych ludzi. Zaczęło się to zmieniać, kiedy poprawiły się wyniki leczenia. Już pogodziłam się z tym, że mam raka płuca i śmiało o tym mówię.

Najbardziej cieszę się z tego, że… przeżyłam z rakiem już trzy lata. Nie poddaję się i walczę. Bo mam dla kogo. Mój syn, Szymon napędza mnie do życia. Wie, że jestem chora, ale nie wie na co. Być może kiedyś będę musiała mu powiedzieć.

W chorobie najbardziej pomaga mi… wiara. To, że Pan Bóg jest przy mnie i w razie potrzeby mi pomoże. Za każdym razem, kiedy idę na tomografię, to modlę się o dobry wynik i mówię: „Panie Boże, daj mi jeszcze trochę pożyć”. Wiem, że moje siostry Magda i Patrycja, rodzice, cała rodzina oraz przyjaciele też się za mnie modlą. Daje mi to ogromną siłę. Wspiera mnie również mój mąż. Dużo pracuje, nie ma go w domu 12 godzin, ale stara się mi pomagać w domowych obowiązkach. Dwa razy w miesiącu o piątej rano wiezie mnie do szpitala do Warszawy na podanie leku. Bardzo o mnie dba. Mówi, żebym się nie poddawała, zwłaszcza dla naszego synka, bo „dziecko zawsze będzie potrzebowało matki.”

Mam nadzieję, że… wkrótce zostanie wynaleziony lek, dzięki któremu będę mogła wyzdrowieć.

Moja rada dla innych chorych… Po pierwsze, nie można się poddawać, zawsze trzeba mieć nadzieję. Ja już jedną nogą byłam po tamtej stronie, a dzisiaj proszę – w miarę normalnie funkcjonuję. Po drugie, ważne jest pozytywne myślenie. Wierzę, że w jakiejś części może ono sprawić, że wygramy z chorobą. Po trzecie, trzeba brać życie garściami, traktować każdy dzień, jakby był na wagę złota. Ja tak właśnie staram się robić.


Ewa Stefaniak ze Strzeniówka (k. Nadarzyna), 65 lat, pracowała jako agent ubezpieczeniowy, obecnie na emeryturze. Raka płuca zdiagnozowano u niej w 2009 roku.

Pierwsze objawy choroby… były mało charakterystyczne. Miałam napadowe, przyspieszone bicie serca. Myślałam, że to nerwica albo jakiś problem kardiologiczny. Jednak podczas badania lekarzowi coś się nie spodobało i skierował mnie na RTG klatki piersiowej. Okazało się, że mam małą zmianę w płucach. Potem była tomografia komputerowa, która wykazała, że to guz. Dostałam skierowanie do Instytutu Gruźlicy i Chorób Płuc w Warszawie. Przez głowę mi nawet nie przeszło, że mam raka płuca. Nie paliłam ani ja, ani mąż. Może tylko czasami przed snem męczył mnie drobny kaszel.

Kiedy zostałam zdiagnozowana… Byłam wściekła i przerażona. Zastanawiałam się, dlaczego mnie to spotkało?! Przecież wiodłam higieniczny tryb życia. Nawet teraz jak o tym mówię, to chce mi się płakać. Popłaczę sobie, a potem stawiam się do pionu, bo wiem, że nie mogę się poddawać. Muszę walczyć! Na szczęście dostałam też dobrą wiadomość: mój guz był operacyjny. A kiedy stałam w szpitalnej kolejce, to nieraz widziałam ludzi, którzy wychodzili z gabinetu lekarskiego ze łzami w oczach, bo dowiedzieli się, że w ich przypadku operacja już nie pomoże. Po wycięciu i zbadaniu guza okazało się, że mam gruczolaka złośliwego.

Moje leczenie jest dla mnie… nadzieją. Kiedy osiem lat temu zachorowałam, to dostałam chemię. Po trzech latach miałam wznowę i w ciągu 7 tygodni przeszłam 35 zabiegów radykalnego naświetlania. Rok później pojawiły się przerzuty w drugim płucu. Z początku były małe, z czasem urosły. W 2014 roku zostałam zakwalifikowana do terapii celowanej. Kiedy się o tym dowiedziałam, skakałam z radości! Miałam dużo szczęścia, bo z całej Polski leczenie to dostało zaledwie 50 osób. Za moją terapię NFZ nie płaci ani złotówki. Całość kosztów pokrywa firma farmaceutyczna. Raz w miesiącu jadę do szpitala – rano robię rozszerzone badania krwi, a potem dostaję tabletkę. Co dwa miesiące mam badanie tomograficzne. Naprawdę cieszę się, że żyję!

Najtrudniejsze w chorobie jest/było dla mnie… cierpienie. Człowiek może znieść różne rzeczy, ale najgorsze co może być to cierpienie.

Najbardziej cieszę się z tego, że… wciąż jestem z moją rodziną – mężem, córkami, wnuczętami. I z tego, że mogę normalnie funkcjonować. Zanim dostałam terapię celowaną – co stało się trzy lata temu – byłam w bardzo złym stanie. Żeby pokonać 15 schodów i wejść na półpiętro musiałam kilka razy się zatrzymać. Nie dawałam rady posprzątać mieszkania. Dzisiaj pokonuję schody bez problemu. Sprzątam, choć nie używam chemii, bo jej zapach mnie dusi. Jeżdżę na rowerze. Opiekuję się wnuczką. Żyję prawie normalnie.

W chorobie najbardziej pomaga mi… mąż i reszta mojej wspaniałej rodziny. Zawsze miałam zdolności manualne. Kiedy zachorowałam, nauczyłam się haftu matematycznego. Dzięki tym robótkom uspokajam się i wyłączam. W wolnych chwilach lubię też czytać książki.

Mam nadzieję na… stabilizację choroby. Wiem, że się z niej nie wyleczę, ale mogę z nią żyć. Ciągle szukam w Internecie informacji na temat nowych możliwości leczenia raka. Kiedy zachorowałam, terapie molekularne nie były jeszcze osiągalne. Wierzę, że wkrótce pojawią się kolejne nowe leki. Trzyma mnie to przy życiu, bo jeśli mój lek przestanie działać, to nie mam już żadnej terapii alternatywnej. Oczywiście pozostaje pytanie, co NFZ będzie mógł nam, pacjentom spośród nowatorskich terapii zaoferować.

Moja rada dla innych chorych… Najgorzej, kiedy ludzie nie chcą mówić o swojej chorobie. Może myślą, że w ten sposób ona zniknie? Ja uważam, że trzeba się otwierać. Nie wstydzić się choroby i rozmawiać o niej z innymi ludźmi. To bardzo pomaga.


Mirosław: trzeba żyć pełną piersią

O tym, że ma raka płuca dowiedział się 10 lat temu. Przeszedł operację, w trakcie której wycięto mu część płuca. Pięć lat temu choroba wróciła. Najpierw dostał chemioterapię. Teraz stosuje terapię celowaną, dzięki której może na nowo cieszyć się życiem. Niestety, nie jest ona refundowana. Co miesiąc musi uzbierać na swoje leczenie ponad 12 tys. zł. Na szczęście, udaje się. A kiedy chce odpocząć i zapomnieć o chorobie – idzie wędkować. To go wycisza i uspokaja. „Trzeba żyć pełną piersią, wierzyć w medycynę i nie załamywać się” – radzi.

Zapraszamy do obejrzenia filmu, w którym Mirosław dzieli się swoją historią:


„Czas na zdrowie”. Historia pacjenta

Aż 90 procent chorych z rozpoznanym rakiem płuca to palacze, niestety także byli palacze. Jednak 5-10 osób na sto to ci, którzy nigdy w życiu nie zapalili papierosa. Sprawdź, jakie objawy powinny wzbudzić twój niepokój i posłuchaj tego, co chcą ci przekazać lekarze i pacjenci, którzy walczą z rakiem płuca. Obejrzyj film:

http://www.medonet.pl/magazyny/rak-pluca,rak-pluca,film,1722493.html

Zapisz się do newslettera